środa, 15 listopada 2017

Wszystkie dzieci są nasze

Sytuacja przedszkolno-edukacyjna. Tak, bywam edukatorem, chodzę z gitarą i gram tu i tam, podśpiewując w językach obcych, licząc, że coś wniknie w te chłonne móżdżki.
W praktyce miejscowej wygląda to tak: wchodzę do sali, zbieram grupę na niemiecki. „Jasiu nie chodzisz przecież!” - Jasiu nie chodzi, ale chyba chciałby, bo zawsze się zgłasza. Tym razem jest też nowy – Borys. Też nie chodzi. Też chciałby.
- On jest z Ukrainy, wie pan! Borys, powiedz: chleb z masłem!
Dzieci nie są okrutne. Dzieci są ciekawskie. I śmieją się. Głośno, szczerze i okrutnie. A Borys płacze. Oj, Borys już w przedszkolu ma niezłą szkołę. Rodzice przyjechali za chlebem, wrzucili siebie i Borysa na głęboką wodę i teraz dziecko chowa się za mną i szlocha. Przytulanie dzieci to sprawa dość kontrowersyjna, chociaż Borys ma potrzebę ewidentną jak łzy w oczach.
Arabów też spotykam na swoich zajęciach, tym razem zagranicznych. Bawi mnie niezmiernie przygotowywanie programu na Boże Narodzenie z małymi Syryjczykami w rolach aniołków. Taki malutki ekumenizm – człowiek wielce wątpiący robi nieomal katolicki program świąteczny dla głównie ewangelików z muzułmanami w rolach.
Czasami zastanawiam się, czy nasi dzielni patrioci nienawidzą też dzieci, bo są śniade albo z Ukrainy.
P.S. A mały Franek w Bad Muskau, gdzie opowiadam bajki po polsku w ramach międzynarodowego projektu, w listopadzie odezwał się w przedszkolu po raz pierwszy od września. Odezwał się do pana od bajek, który mówi w tym samym języku, co on. Rodzice wysłali go do niemieckiego przedszkola, żeby chłonął język, bo to się opłaci, żeby nie powiedzieć: przyda. Warto znać takie „nicht schiessen”, bo nie wiadomo, kiedy Niemcy są przed wojną… E tam, Niemcy nie są tacy źli – rozważają przyjęcie tak zwanego ze staropolska „Nejtiv spikera” na zajęcia w języku polskim, żeby Franek nie siedział sam i nie cierpiał. Ale rodzice chcieli, żeby on po niemiecku przecież… W końcu się nauczy, ale spustoszenia w psychice mogą być nieodwracalne, nie żebym się na tym znał.

Krea-Tura

Zośka w nastroju hip-hopackim rymuje ile wlezie:
- Jestem taka pokraka i lubię krakowiaka, jestem do niczego i lubię klocki lego.
Tata stwierdza autorytatywnie, że tekst można sprzedać poważnym piosenkarzom, którzy będą wyrażać przezeń swoje problemy z samoakceptacją i jednoczesną ochotę do luzackiego młodzieżowego imprezowania. Potem Zośka idzie w marketingi i wymyśla kolejną serię pluszaków dla znanej sieci marketów: Narzędziaki. W tym zestawie Młotek Mariusz, Piła Patrycja, Gwóźdź Gwidon i Kosa Kasia. Niniejszym rezerwujemy rodzinnego kopyrajta!
Młodzi rosną na robocie. Tymczasem Jagienka zafascynowana krótkim błyskiem „Thrillera” Malkeja Dżeksona – sprytny jutiub automatycznie załączył pełną wersję teledysku po serii paru nieszkodliwych dla oka i psychiki, na szczęście Tata zdążył własną piersią zasłonić potwora, w którego rzeczony Malkej się zmienił – chce się przebierać w różne straszne postaci. Pytanie jest konkretne:
- Tata, a masz zęby bambira?
Bambir Drakula sprawił, że teraz bambiry są wszędzie.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Stanisław Dziwisz

W ciągle ulubionym radiu (mimo potężnych strat w ludziach i polocie) gra Stevie Wonder. Zachwycamy się z Zośką kunsztem wokalnym i harmonijkowym. Uświadamiam dziecko w temacie artysty o tyle, ile sam się wyznaję:
- Stevie Wonder pisze fajne piosenki. I jest niewidomy.
Zośka jest logiczna jak żelazo i żelazna jak logika:
- Jak jest niewidomy, to jak on pisze?
Isn’t she lovely?

czwartek, 2 listopada 2017

Kombinaturalność

Jagienka na imprezie w Kromalowie z ostrymi objawami braku ciasteczek w organizmie:
- Mogę ciasteczko?! - Jagienka potrafi powtórzyć takie zdanie 57 razy. To maksymalna ilość powtórzeń potrzebna do zmiękczenia najtwardszej woli rodzicielskiej (na przeciętnych dziadków wystarczy 3 razy). Rodzice w sytuacji scenicznej próbują skupić się na wykonywanej pracy artysty i jednocześnie pozbyć się łasucha. Są skłonni do daleko idących ustępstw:
- Jak sobie wykombinujesz ciasteczko, to możesz je zjeść – podpowiada Mama.
- A co to jest kombinowanie?
Niedługo odkryje, że mówi prozą.


Fakt faktem, że dzięki naturalnej osmozie sprawy opieki nad dziećmi są w Kromalowie rzeczą samoregulującą.

środa, 1 listopada 2017

E-tata

Hanka mówi. Po czterech i pół miesiąca życia na powierzchni mówi: e-tata. A dokładniej: e-tatatatatatatatata. Prawdopodobnie chodzi o podkreślenie wirtualności roli ojca we współczesnym społeczeństwie, a konkretnie o to, że ojciec dużo czasu spędza w Matrixie.
Gwoli obowiązku sprawozdawczego: Zosia, po sześciu i prawie pół roku życia na powierzchni dziś po raz pierwszy czytała Jagnie bajkę w ramach literackiego poranka. Ojciec może coraz głębiej zanurzyć się w światy alternatywne. No bo co ma robić mężczyzna prosty w swym skomplikowaniu, który ma cztery kobiety w domu?


Hahanka jest dzieckiem bardzo terapeutycznym, jeśli ktoś lubi bejbi-terapię, to zapraszamy.



Życie rodzinne

Leniwy wieczór otwierający ciemną porę roku. Sytuacja kuchenno-salonowa, siedzimy jak te helowinne dziady, jemy, pijemy, łasujemy, rysujemy a nawet rozmawiamy. Zośka dzieli się swoimi wrażeniami z przedszkolnej wizyty na cmentarzu:
- Widzieliśmy tam przewróconego toi-toia – fakt, to rzadki widok, zwłaszcza na cmentarzu. Ale Zośka dodatkowo wyciąga wnioski – I teraz muszą sikać na leżąco.
Wesołość ogrzewa dusze i ciała. Jagna podchodzi do lodówki, patrzy na dzieła Cioci Marendziak i zaczyna nucić do melodii Paula Simona: „Helo Magnes my old friend, I’ve come to talk to you again”.
Życie rodzinne osiąga pełnię.


Można zwariować? Można!

wtorek, 17 października 2017

Jej wysokość

Rodzina w ramach wieczornej rozrywki ogląda popularny serwis społecznościowy. Mama ma w znajomych swojego dawnego przewodnika po Nepalu, dawny przewodnik po Nepalu ma zdjęcia. Z Nepalu.
- To najwyższy góry świata, Himalaje – obok elementu towarzysko-rozrywkowego staramy się dosypać szczyptę edukacji.
- Ale oni są dość nisko – zauważa rezolutnie Zosia, a grupka faktycznie stoi w zielonej dolinie rzeki otoczonej pagórkami tak na oko 4-tysięcznymi.
- A po czym poznałaś? - Mama cieszy się z bystrości narybku – Bo brakuje…? - nauczycielskie niedomówienie prowadzi często do zaskakujących wniosków.
- Wysokości! - wątpliwości to coś, o czym Zosia gdzieś kiedyś słyszała.
Nie sposób się kłócić z jej wysokością.


Tata też kiedyś się szlajał. I też, nie ma co ukrywać, czasami brakuje mu wysokości.

poniedziałek, 16 października 2017

Tatanietata

Pytania są ważniejsze niż odpowiedzi:
- Tata, a będziesz moim tatą? - Jagienka stawia.
Zdziwienie odbiera mi polot:
- Przecież jestem!
- Ale na niby!
Ewidentnie Jagienka ma chytry plan godny kogoś bardzo chytrego.


Jest urocza i niebezpieczna. I męcząca.



niedziela, 15 października 2017

Wielki Duch

Niedzielny holokauścik w ogródku. Ogród, który żywi nas od paru dobrych miesięcy i miał jeszcze żywić przez czas dłuższy został nawiedzony przez plagę gąsienic. Na topinambury zapraszamy niewątpliwie, ale jarmuż, na który też mieliśmy zapraszać i przedwcześnie ogłaszaliśmy się potentatami na rynku tegoż hipsterskiego warzywa, przestał rosnąć a zaczął ginąć masowo pożerany przez plagę.
Na szczęście dzieci mają swoje kanały przepływu informacji i Zosia przy wizycie w sklepie stwierdziła, że widziała opryski przy pomocy Coca-Coli. Zaufałem dziecku i intuicji, nabyłem płyn ów w szlachetnym celu i od rana robiliśmy opryski metodą domową przy pomocy niewykwalifikowanej małoletniej siły roboczej. Oczywiście po krótkim przeszkoleniu i wstępie ideologicznym. Wnioskując z wicia się gąsienic Coca-Cola jest trucizną, gąsienice padały jak muchy, muchy zlatywały się jak do miodu a niedługo mam nadzieję będziemy spożywać jarmuż o smaku colowym.
Jakież wzruszenie ogarnęło mój pełen żądzy mordu umysł, gdy usłyszałem Jagienkę szepczącą do jarmużowych skrytożerców:
- Przepraszamy, ale to nasze jedzenie, nie chcemy was zabijać, ale musimy.
Toż to jak żywa modlitwa Indian do zabitego bizona. Czuję, że mały krok w dobrą stronę w wychowaniu dzieci został wykonany. Żeby tylko jeszcze Jagienka chciała jeść ten jarmuż.

sobota, 14 października 2017

Rozkosze stołu

Dzieci przygotowały Tacie kolację. Resztka rosołu Zosi z obiadu. Dosłownie dwie łyżki, ale już nie dała rady. No i kawałek bułki z wczoraj, wystarczy podgrzać na tosterze i będzie jak nowa. Od Jagienki pół miski „najpyszniejszej owsianki na świecie, bo Tata robi najpyszniejszą owsiankę na świecie”. A robi, robi: na wodzie, z cynamonem, z jogurtem greckim z Kościana, dżemem pigwowym domowej roboty i kapką miodu. Szkoda tylko, że Tata robił tę owsiankę na śniadanie. Z cyklu: szukaj pozytywów: dobrze, że na dzisiejsze. Do tego trochę kaszy gryczanej z kiszoną kapustą z Jagienkowego obiadu. I jeszcze parę skórek od chleba ze strzępami ementalera i kiszonego ogórka (z własnego ogródka!) z kolacji dziewczyn. Całkiem świeże, tylko ciut wymemłane.
Przecież jedzenia wyrzucać nie będę. A jeszcze miałem ochotę, tak zupełnie od siebie, na kromkę świeżego chleba od Pływacza, co go cały dzień w aucie woziłem i mi pachniał. Żałować sobie? E, nie.
Już widzę, że dzieci Tacie z głodu zginąć nie dadzą. To, że się mieszczę w spodnie z matury (tak, mam je jeszcze), to chyba zasługa tego winogronu od dziadka, co to już leży parę dni, muszki po nim łażą i trzeba go zjeść, bo się zepsuje. 
Przepraszam, muszę do toalety.


Dzieci to wampiry. 

środa, 11 października 2017

Masa

Poranny przepływ informacji:
-Dziewczyny, Mama ma dziś urodziny!
Informacja dociera, dziewczyny biegną do Mamy. Jagna od progu sypialni krzyczy:
- Mama, to zrób z masą!
Poranny przepływ informacji zostaje zaburzony przez zator niezrozumienia.
- Ale co? - Mama robi oczy na tyle duże, na ile pozwala poranek.
- Może rzeźbę? - zastanawia się na głos Tata, zawsze gotów do artystycznych happeningów.
- No tort! – oczywista oczywistość w głosie Jagny rozjaśnia październikowe szarości o 6.30. Słodycz nadziei wycieka kącikami ust. Mama, mimo urodzin, czuje potrzebę tak zwanego „brania się za jakieś życie”.

poniedziałek, 9 października 2017

Syndrom Wuja

Łatwo jest rozpoznać bezdzietnego wujka tudzież ciotkę, która w zastępstwie rodziców wzięła dziecko na plac zabaw. Otóż wuj ów czy też ciotka bawią się z dzieckiem na placu zabaw, podczas gdy przeciętny rodzic wykorzystuje sytuację na nadrobienie lektury na ten przykład ostatniego numeru Przekroju, który czyta już od dwóch miesięcy czy też książki z biblioteki, która czeka na miesiąc bez kar już od dwóch lat. Częściej nadrabia zaległości w elektronicznych (prze)nośnikach informacji, ale ja się na tym nie znam. W ekstremalnych przypadkach przynosi się skarpety do cerowania (na tym znam się ciut). Oczywiście sytuacja placozabawowa nie chroni od konieczności interwencji, bo przecież dziecko będzie piszczeć, że ktoś sypie piaskiem albo żeby je zdjąć z wysokiej ślizgawki.
Takie spostrzeżenie zmęczonego Taty. Marzy mi się „Syndrom Wuja”.
Tymczasem Zośka naprawdę nieźle rymuje. Ja te jej wierszyki naprawdę nieźle zapominam, ale jeden udało mi się zapamiętać:

Swój strój zdjął wuj
No a ciotka się umyła
No i majtki założyła

Treść może mało odkrywcza, ale forma, rym i rytm, bardzo zgrabne. Utwór powstał oczywiście na basenie. Zapewne dedykowany wujkom i ciotkom, którym jeszcze chce się pobawić. Oj, pobawić...

niedziela, 8 października 2017

Antywróg

W sytuacjach towarzyskich zdarza mi się animować dzieci (dopóki sobie nie przypomnę, że to bywa moja praca). Ostatnio często z pomocą Gadających Kamieni (genialnie wyrysowanych przez Anię M.). Losujemy, układamy, tworzymy historyjki. Pojawia się mój ulubiony superbohater, SuperGlu10 i wilk, który jest jego…? Rzucam pytanie w krąg dzieciaków:
- Antywrogiem! - pada odpowiedź zawierająca w sobie dużo pacyfistycznej ideologii. Antywróg to przecież przyjaciel, nieprawdaż?
Na tej imprezie, Kiszeniu Kapusty w Fabryce Chusteczek w Grabiszycach Zosia została głównym antywrogiem Błażeja, autora pojęcia.
SuperGlu10 powstał na specjalne zamówienie, bo lubię wplatać w bajki elementy przekory powiązanej z aktualną modą. Jedna z królewien, zapytana przez króla ojca, jak go kocha, powiedziała, że kocha go jak sól, jak cukier, jak tłuszcz i jak gluten. Król, zniesmaczony tą mocno niezdrową deklaracją, wygnał córkę. A kiedy zabrakło w królestwie pachnącego, chrupiącego glutenowego pieczywa z prawdziwym masłem i solą a do tego kawy z łyżeczką cukru, król zrozumiał, jak wielka była miłość dziecka.






niedziela, 1 października 2017

Gwiezdne Wojny w ZOO

Korzystanie z toalety w ZOO w Goerlitz wiąże się, chcąc nie chcąc, nie tylko z wydalaniem, ale też z przyswajaniem. A konkretnie rzecz biorąc: informacji nadawanych non stop i traktujących o wodzie w różnych aspektach. Ogólnie permanentna inwigilacja tudzież wodolejstwo połączone z lejstwem innych substancji na bazie wody. Dobrze, że moc jest z nami a i słuch jeszcze prawie dopisuje:
- … jak na przykład aksolotl, zagrożone są wyginięciem – trafiamy na fragment przekazu werbalnego w znanym nam świetnie języku.
- Han Solo zagrożony jest wyginięciem? - Zosia marszczy brwi ze zdziwienia, jak wszyscy fani Gwiezdnych Wojen po obejrzeniu „Przebudzenia Mocy”.
W drodze powrotnej Gipsy Kings grają w radiu „Bamboleo”, Zosia nuci: „Panno Leio, panno Leio” a Jagienka opowiada babci przez telefon, że poszliśmy odwiedzić w ZOO rysia, który już nie żyje.
Prawdziwy Jedi nie przejmuje się śmiercią, wszystkie rysie to fajne chłopaki, a co to jest ten aksolotl, to się musiałem w domu douczyć.

czwartek, 21 września 2017

Koniec drogi

Pełna impresji podróż do przedszkola. Za oknem wrześniowe poranne szarości, w aucie ledwo tląca się rześkość. Nastrój filozoficzny, udzielający się zwłaszcza (nomen omen) Zofii:
- Tata, a gdzie jest koniec drogi?
Setki metafor przelatują mi przez głowę, chcę opowiedzieć o zen, nawiązać do „navigarre necesse est”, przypomnieć Ahawerusa, Żyda Wiecznego Tułacza, skonfrontować chrześcijaństwo z postawami starożytnych greckich myślicieli. Ale już ostatni zakręt przed nami. I koniec drogi. Rzucam jeszcze szybko:
- W Mongolii córeczko.
Resztę rozmowy zostawiam na długie zimowe wieczory w naszej jurcie.


Tata kiedyś dotarł do końca drogi w Himalajach Ladakhu. 

poniedziałek, 18 września 2017

Ekonomizacja młodzieży

Podróż autem do przedszkola daje przyczynek do pytań, wątpliwości, skarg i zażaleń inspirowanych mijanymi krajobrazami, na przykład nowym domem Wioli:
- Tata, a jak my będziemy miały dzieci, to gdzie będziemy mieszkać? - Jagienka ewidentnie myśli o przyszłości, ale ta rozmowa nadeszła wcześniej niż myślałem:
- Gdzie będziecie chciały, kupicie sobie dom, albo zbudujecie. Ale to trzeba dużo pieniędzy.
- Ja mam dużo pieniędzy – włącza się Zosia, która zbiera na saszetkę i oszczędza.
- Ojej – Jagienka przelicza swoje oszczędności w pamięci – A ja mam mało. Zosia, pożyczysz mi?
W zasadzie nie powinienem ingerować w finansowe konszachty rodzeństwa, ale pomyślałem, że mogę się jednak włączyć na etapie skarbonkowym:
- Musicie pójść do jakiejś pracy, żeby zarobić pieniądze – ach, te uświadamiające frazesy, myślę sobie, czuję się nieomal jak osoba kompetentna w temacie – A wy do jakiej pracy chcecie pójść?
- Ja do restauracji – Zosia zna swoje mocne strony – Będę gotować jajecznicę i ciasto.
- A ty Jagienko? - przy okazji się czegoś dowiem, o planach, marzeniach i innych utopiach – Do jakiej pracy chcesz pójść?
- Ja do żółtej. Albo nie, do niebieskiej.
No i mamy jasność.


Wychodzi na to, że Zośka może nie daj boże malować albo śpiewać. A przecież księgowość jest tak kreatywna...




poniedziałek, 4 września 2017

Jak dzieci...

Weekend w pracy. Taka praca… Sędziowanie na Turisedyjskich Igrzyskach, na Folklorum, w Kulturinsel Einsiedel, największym (według naszych dzieci) i najbardziej odjechanym (według rodziców) placu zabaw na świecie. Festiwal czystego wariactwa, muzyki, kolorów, gier, zabaw i szeroko pojętej radości życia. Szesnaście scen muzycznych nie licząc setek innych atrakcji. Na dokładkę uśmiechnięci ludzie. I to nieważne, czy z Polski, Niemiec, Czech czy z innej krainy. Jeden świat, jedna globalna wioska świętująca Turisedyjskie Igrzyska (Lud Turisede zamieszkiwał te tereny jakieś tysiąc lat temu, czego nie udowodnią żadni naukowcy. I dobrze). Wszyscy zadowoleni. Prawie.
Zawsze się tacy znajdą. Młoda rodzinka (z na oko czteroletnim dzieckiem!) silnie skrzywiona w okolicach ust obserwuje jak z dziką radością dorośli (nie ukrywajmy – Niemcy) grają w Popolum albo jeżdżą Ślepą Trojką. Dezaprobata wyświetla się na nalanych twarzach, nieszczęście promieniuje jak Czernobyl w 1986:
- Ja pierdolę. Jak dzieci, kurwa…
A teraz wyrzućcie z powyższego cytatu wyrazy powszechnie uważane za niecenzuralne i powiedzcie to z uśmiechem i w tonacji durowej (w sensie muzycznym, nie chodzi mi o dur brzuszny). Jak łatwo można zmienić sens przy pomocy melodii, prawda? Na szczęście jest muzyka.
Tymczasem otuleni w swój nieprzepuszczający szczęścia kokon młodzi rodzice udają się na piwo i kiełbasę. Jak ludzie. 


Rodeolum to był jeden z moich przystanków. 

Myślę sobie, jak łatwo byłoby wpleść powyższą sytuację w dyskurs społeczno-polityczny. Przecież na pierwszy rzut oka bawiło się ewidentne bezideowe niemieckie lewactwo, patrioci zaś trzymali fason, powagę i dumnie obnosili się z cechami narodowymi. Ale to byłoby daleko idące uproszczenie. Bardzo daleko idące. Lepiej przymierzyć się do historii. W Szkocji na przykład panowała kiedyś opinia o wigach, którzy obok torysów tworzyli i tworzą dwa główne nurty polityki brytyjskiej. Wig był, według słów Anny Grant z Laggan, szkockiej poetki z przełomu XVIII i XIX wieku: „charakterem stworzonym z negatywów – kimś, kto nie miał ucha do muzyki, smaku do poezji, dumy z przodków, serca do miłości ani duszy do honoru. [...] Krótko mówiąc wig był kimś, kogo górale serdecznie nienawidzili – zimną, samolubną, formalną postacią“. 
Resztę można sobie dopasować do ideologii własnej, podstawić dane i szukane i epatować.
A przecież można się po prostu pobawić. Jak dzieci!





piątek, 1 września 2017

Krótka teoria wszystkiego

Wszystko jest wszędzie – stwierdziła Zośka przy spacerze na plac zabaw. Ewidentnie poszła w filozofię holistyczną, optymistyczną i stoicką zarazem. Próbowaliśmy drążyć, ale tezy nie rozwinęła. Ciekawe, czy miała na myśli jakieś konkrety, czy raczej uogólniała?


Pod koniec wakacji Zośka otworzyła sklep ze wszystkim. Ale nie wszędzie, tylko pod domem. 



czwartek, 31 sierpnia 2017

Cycki w piasku

Pamiątki z wakacji niejeden mają wymiar. Oto nad naszym rodzimym Berzdorfem (tak, tak, bez kozery mówię to o jeziorze po niemieckiej stronie Nysy jak o swoim) największy playboy ludowej sceny muzycznej, (niejaki S.P., znany przaśnym fankom, m.in. z okładki Bravo Grill), węsząc swoim psim (na baby) swędem, znalazł był zakopane w piasku sztuczne cycki – czy też, jak uświadomiła mnie żona, silikonowy stanik samonośny (co brzmi prawie jak radzieckie działo samobieżne...) i podarował je natychmiast moim córkom (po co? Dlaczego? Bo chciały!), co spowodowało lawinę zabawnych wydarzeń. Oto Jagna i Zosia zakolegowały się z niejaką Zuzią, która zgłosiła akces do rzeczonego biustu. Dialog płynął jak Wisła po polskiej krainie:
- Oddajcie te cycki, bo to moje.
- Ale dzieci nie mają takich cycków.
- Ale to moje!
- Nie twoje, bo ty masz małe.
- Mój kuzyn ma telefon i zadzwoni na policję!
- No i co?
- No i będziecie musiały oddać.
- A ja też mam telefon.
- Ale mój kuzyn ma prawdziwy!
- Ja też. Zobacz.
Konsternacja na widok Zośkowej bezbateryjnej komórki (wycyganionej od dziadków) trwała mgnienie:
- I co z tego?! Mój kuzyn ma większy.
- A nasza mama ma jeszcze większy!
- A w ogóle to moja Zosia jest większa. Przymierzcie się!
- To moje cycki, bo wczoraj tu byłam i zgubiłam.
- To nie twoje cycki! Bo dzieci nie mają cycków!
Ta uwaga celnością swoją zmieniła tor Zuzinej argumentacji:
- No dobra, żartowałam, to mojej mamy!
- Nie-e! - zaprzeczenie z podwójnym „e” ma poczwórną moc!
- Oddajcie mi te cycki!
- Nie oddamy, bo to nam dał wujek.
- Wujki nie mają cycków!
- Ale znalazł.
- A moja mama zgubiła!
Rozmowa płynęła. Aż do momentu gdy nieopodal rozebrał się do naga bezpruderyjny czeski trzylatek i Jagna zauważyła rezolutnie:
- Fajny siusiak.


Siostry Sisters i cycki.

środa, 30 sierpnia 2017

Gospodarka głupcze!

Bezlitosny kapitalizm objawia się nieomal codziennie w tradycyjnej sklepowej walce klas i generacji polegającej na skutecznym, stanowczym acz jednocześnie stylowym (żeby publiczność licznie zgromadzona w galerii handlowej miała swój szoł) i raczej łagodnym (żeby dziecka nie przestraszyć) mówieniu:
- Nie, tego ci nie kupię.
Czasami jednak wszelkie strategie biorą w łeb, głównie z powodu osłabienia morale, chwilowej niedyspozycji (żołądek, śledziona, nerki ewentualnie ogólna tendencja) albo trudności aprowizacyjnych tudzież zaskoczenia.
Jagna kupiła sobie pamiątkę z wakacji. Kupiła od dzieci niewiele starszych od siebie. Finansowanie zostało przyznane w ramach edukacji. Skoro dzieci potrafią sprzedać takie cudo (za całe 2 złote polskie), to co to będzie, jak już zostaną szefami korporacji?
Uczcie się dzieci.


Corpus delicti. Ach, gdybym kiedyś dożył tej pociechy, żeby moje dzieci potrafiły sprzedać takie g... za całkiem niezłą kasę. To metaforyczne, praktyczne, skuteczne i cudowne w swojej obrzydliwości. A Tata w emeryturę nie inwestuje, tylko w dzieci, z nadzieją, że się zwrócą. Byle nie z prośbą o wsparcie.



piątek, 25 sierpnia 2017

Tempus Srempus

Radosne oczekiwanie na powrót dzieci z wakacji u dziadków w mieście. Koniec ponadtygodniowej laby rodziców. Smutek przeplata się z tęsknotą a nawet gdzieś tam nieśmiało migocze radość. Na ognisku dziękczynny kociołek dla babci, powitalne kiełbaski dla dzieci, w lodówce chwalebne piwo dla dziadka.
W przyogniskowy nastrój oczekiwania wkraczają elegancko ubrani goście z biblią pod pachami:
- Chcielibyśmy porozmawiać o wariackim tempie współczesnego świata, spędzaniu życia w pracy i braku czasu dla rodziny.
Na autostradzie korki, powrót się opóźnia, nastrój sprzyja rozmowom:
- Siadajcie, porozmawiamy. Kiełbaskę? Piwo?
- Nie możemy, nie mamy czasu. Ale możemy zostawić gazetki.
Szach i mat.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Savoir i inne vivry

Ogród tworzy dietę letnią zwaną bardziej kołczingowo sezonowym wegetarianizmem. Najpierw jemy rzodkiewki, fasolkę, potem pieczone buraczki i cukinie na sposoby wszelkie, dalej dynie w zupie i jarmuż w potrawce. W międzyczasie ogórki, marchewki i inne cuda typu bób, rukola, kalarepa czy por. Dieta ogrodowa bywa wiatropędna. Pyrrrrk!
- Jagienko, co się mówi?
- Dziękuję, pojadłam.


Drapieżnik bezlitośnie rozprawiający się z niewinną marchewką i bezbronnymi burakami (czytała Krystyna Czubówna)

niedziela, 20 sierpnia 2017

Czasopolityka

Język niewątpliwie kształtuje świadomość. Czy to przypadek, że w naszej pięknej szeleszczącej mowie wyrazy przeszłość i przyszłość są tak podobne? Jagienka niejednokrotnie wpisuje się w politykę historyczną Polski:
- Ile lat temu pójdę do szkoły?
Dobrze, że nie mamy tyle form czasowych, co w angielskim. Przekonasz się o tym, jak jakieś trzy lata temu pójdziesz do szkoły. Chyba, że zmieni się polityka edukacyjna.

Jeśli dobrze rozumiem naszą Hankę, to w kwestii języka i polityki, to zasadniczo mogą nas pocałować w 500+ (zdjęcie ciocia Marendziak).

wtorek, 8 sierpnia 2017

PlasTVelina

Dzieci tęsknią za telewizorem. Zośka wyraziła to w wyrafinowany, artystyczny sposób:




OKT - czyżby Ojcze, Kup Telewizor???


wtorek, 25 lipca 2017

Harce z Boginią

Wszechpotężna Bogini Popkultura sięga swoimi kolorowymi mackami nawet do centrum punkowsko-rastamańskiego zagłębia, do dziury czasowej, cofającej nas bezboleśnie do słodkich jak czekoladowe kukułki lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Wystarczy przejść przez zasłonę z koca w kratę na poczcie w Mirsku i machina czasu zadziała perfekcyjnie. Wystarczy przejechać mimochodem przez Leśną i nasz mimochód przeniesie nas w wyidealizowaną Krainę Młodości i Pierwszych Spotkań z Transcendencją. Ten kawałek byłego województwa jeleniogórskiego (nieustannie żądający dostępu do morza, najchętniej Czerwonego) to bastion odzianych w glany, uczubionych irokezami i wymachujących dreadami. Zżerają was sentymenty za Dawnymi Dobrymi? Przyjedź! My przyjechaliśmy. Po drodze był zamek Świecie.
- To zamek Aronii! - stwierdziła rezolutnie Jagienka.
Bogini Popkultura akceptuje Ronję Córkę Zbójnika. Niezły gust, jak mawiał pan de Gustibus Nonesdisputandum. W Wolimierzu zaś grała muzyka Młodości.
- Oni tańczą jak szaleni! - stwierdziła rezolutnie Zosia.
Rastuszkowie przybyli, zobaczyli i zatańczyli. Wszechpotężna Bogini Popkultura była zdziwiona, co ją ucieszyło, bo zdziwienie jest oznaką świeżości umysłu. 


Wszechpotężna Bogini Popkultura nie ominęła też Festiwalu w Wolimierzu, objawiając się w postaci niejakiej Zumby do rytmu "Mam tę moc". Disneye znajdą drogę nawet przez Krainę Lodu. (zdjęcie wujek Wiktor)






poniedziałek, 24 lipca 2017

Mogę loda?

Na bezglutenowo-eko-bio-wege-reggae-sugarfree-beztłuszczowo(zwierzęcym)-antylaktozowym i w dodatku naturalnym Festiwalu Nasion w Wolimierzu najważniejsze, jak zawsze i wszędzie, były lody. Oczywiście serwowane tylko w bezglutenowo-eko-bio-wege-reggae-sugarfree-beztłuszczowo(zwierzęcych)-antylaktozowych i w dodatku naturalnych smakach. Przepyszne, jak zresztą cały Festiwal. Ale nie pozbawione pułapek. Jagienka na przykład raz zażyczyła sobie te zielone. Po kilku lizach oddała je ze zniesmaczoną miną:
- One mają tutaj takie jakieś szczypiorki.
Szpinak ciężko przemycić dzieciom, nawet w postaci lodów bananowo-szpinakowych.


Tata opowiada bajki z mięsem i glutenem - żeby równowaga była zachowana. Obrońcy glutenu łączcie się! (zdjęcie: Ciocia Marendziak)

czwartek, 20 lipca 2017

W zdrowym ciele zdrowy doch

W precyzyjnym jak szwedzki dentysta języku niemieckim jest słowo „doch”, będące (oprócz innych funkcji) przeczeniem pytania przeczącego. Na przykład: „Ale nie zrobisz nic głupiego?” Doch! Tymczasem Jagienka nie bierze jeńców i nie zostawia spraw wszędobylskiemu przypadkowi:
- Mogę loda czy tak?
Żaden doch tutaj nie pomoże.


Nawet wilk nie dał rady.

 


środa, 19 lipca 2017

Militarianizm.

Tata z dziećmi na tradycyjnej wycieczce po klimatyzowanym wnętrzu marketu (w niedzielę zwanej nabożeństwem materialistów). Omawiamy strategie zakupowe, sprowadzające się z jednej strony do: „a kupisz mi…?” a z drugiej strony do: „nie”.
Są jeszcze kwestie transportu publicznego.
- Tata, a weźmiemy wózek? - Jagienka negocjuje wszystkie opcje.
- Nie, pójdziemy piechotą – Tata jest nieubłagany jak Stalin po urlopie.
- Ale tu nie ma piechoty!
„A ile dywizji ma papież?”- Stalin był nieubłagany też przed urlopem. Za to Jagienka ma w sobie coś z czołgu.


Jagienka jest Yes-woman: Babcia, a dasz mi cukierka? Tak? Tak? Tak? Tak? Tak? Tak? Tak? Tak? Tak? Tak? Tak?... po 106 takich Takach można zgodzić się na wszystko. Babcia oczywiście wymięka przy 12 Taku. Jeśli zaś chodzi o marchewki z ogródka, to Jagienka niekoniecznie jest na tak. 

wtorek, 4 lipca 2017

Gratulacje

Swojskie klimaty w wydaniu przelokalnym:
- No i co tam się sąsiad urodziło?
- Trzecia córka!
- Nie szkodzi!
Wyrazy współczucia na twarzy krajana są jak wykute w granicie. Żal ściska organy zewnętrzne i wewnętrzne grając fugę d-mol J. S. Bacha.
Cóż, jak to mówią: spóźnione ale szczere.


Czechow. I nie "Wiśniowy sad" ani "Wujaszek Wania".

poniedziałek, 3 lipca 2017

Nasza mała Tolerancja

Wakacyjne spotkanie z tłumem uczniów charakteryzują się obopólnym zaskoczeniem. Uczniowie (obyś cudze dzieci uczył!) dziwią się, że pan od muzyki nie śpi w wakacje w trumnie, pan od muzyki (i od czego tam jeszcze trzeba, poza tym Tata) dziwi się, bo jeszcze umie – na przykład temu, że dzieci mówią tak ładnie „dzień dobry”. A w to wszystko wmieszane są jeszcze dzieci osobiste. M.in. Jagienka:
- A co to są za dzieci Tato?
- To są moi uczniowie córeczko.
Jagienka ewidentnie i metodycznie trawi uzyskaną informację. Potem wypluwa wynik:
- Aha, to ty z nimi mieszkałeś kiedyś, a teraz mieszkasz z nami?
Dziwienie się światu oznacza niezmienną świeżość spojrzenia. Jagienka widzi i pojmuje, że rozwody są modne. Z tonu głosu wynika też, że jest w stanie je zaakceptować. Taka nasza mała tolerancja. 


Pacyfikację dzieci podczas wakacji można przeprowadzać na przykład przy pomocy broni mrożącej język w ustach. 



niedziela, 2 lipca 2017

Post pt.Post

Mama spędziła prawie 2 tygodnie w szpitalu czekając na Hankę (w starciu kompetencji w określaniu daty porodu: położne kontra lekarze 10:0 dla położnych).



























A mimo to waga urodzeniowa Hanki 4100 gramów. 
(nie no, oczywiście, że Mamę dokarmialiśmy...)