poniedziałek, 18 września 2017

Ekonomizacja młodzieży

Podróż autem do przedszkola daje przyczynek do pytań, wątpliwości, skarg i zażaleń inspirowanych mijanymi krajobrazami, na przykład nowym domem Wioli:
- Tata, a jak my będziemy miały dzieci, to gdzie będziemy mieszkać? - Jagienka ewidentnie myśli o przyszłości, ale ta rozmowa nadeszła wcześniej niż myślałem:
- Gdzie będziecie chciały, kupicie sobie dom, albo zbudujecie. Ale to trzeba dużo pieniędzy.
- Ja mam dużo pieniędzy – włącza się Zosia, która zbiera na saszetkę i oszczędza.
- Ojej – Jagienka przelicza swoje oszczędności w pamięci – A ja mam mało. Zosia, pożyczysz mi?
W zasadzie nie powinienem ingerować w finansowe konszachty rodzeństwa, ale pomyślałem, że mogę się jednak włączyć na etapie skarbonkowym:
- Musicie pójść do jakiejś pracy, żeby zarobić pieniądze – ach, te uświadamiające frazesy, myślę sobie, czuję się nieomal jak osoba kompetentna w temacie – A wy do jakiej pracy chcecie pójść?
- Ja do restauracji – Zosia zna swoje mocne strony – Będę gotować jajecznicę i ciasto.
- A ty Jagienko? - przy okazji się czegoś dowiem, o planach, marzeniach i innych utopiach – Do jakiej pracy chcesz pójść?
- Ja do żółtej. Albo nie, do niebieskiej.
No i mamy jasność.


Wychodzi na to, że Zośka może nie daj boże malować albo śpiewać. A przecież księgowość jest tak kreatywna...




poniedziałek, 4 września 2017

Jak dzieci...

Weekend w pracy. Taka praca… Sędziowanie na Turisedyjskich Igrzyskach, na Folklorum, w Kulturinsel Einsiedel, największym (według naszych dzieci) i najbardziej odjechanym (według rodziców) placu zabaw na świecie. Festiwal czystego wariactwa, muzyki, kolorów, gier, zabaw i szeroko pojętej radości życia. Szesnaście scen muzycznych nie licząc setek innych atrakcji. Na dokładkę uśmiechnięci ludzie. I to nieważne, czy z Polski, Niemiec, Czech czy z innej krainy. Jeden świat, jedna globalna wioska świętująca Turisedyjskie Igrzyska (Lud Turisede zamieszkiwał te tereny jakieś tysiąc lat temu, czego nie udowodnią żadni naukowcy. I dobrze). Wszyscy zadowoleni. Prawie.
Zawsze się tacy znajdą. Młoda rodzinka (z na oko czteroletnim dzieckiem!) silnie skrzywiona w okolicach ust obserwuje jak z dziką radością dorośli (nie ukrywajmy – Niemcy) grają w Popolum albo jeżdżą Ślepą Trojką. Dezaprobata wyświetla się na nalanych twarzach, nieszczęście promieniuje jak Czernobyl w 1986:
- Ja pierdolę. Jak dzieci, kurwa…
A teraz wyrzućcie z powyższego cytatu wyrazy powszechnie uważane za niecenzuralne i powiedzcie to z uśmiechem i w tonacji durowej (w sensie muzycznym, nie chodzi mi o dur brzuszny). Jak łatwo można zmienić sens przy pomocy melodii, prawda? Na szczęście jest muzyka.
Tymczasem otuleni w swój nieprzepuszczający szczęścia kokon młodzi rodzice udają się na piwo i kiełbasę. Jak ludzie. 


Rodeolum to był jeden z moich przystanków. 

Myślę sobie, jak łatwo byłoby wpleść powyższą sytuację w dyskurs społeczno-polityczny. Przecież na pierwszy rzut oka bawiło się ewidentne bezideowe niemieckie lewactwo, patrioci zaś trzymali fason, powagę i dumnie obnosili się z cechami narodowymi. Ale to byłoby daleko idące uproszczenie. Bardzo daleko idące. Lepiej przymierzyć się do historii. W Szkocji na przykład panowała kiedyś opinia o wigach, którzy obok torysów tworzyli i tworzą dwa główne nurty polityki brytyjskiej. Wig był, według słów Anny Grant z Laggan, szkockiej poetki z przełomu XVIII i XIX wieku: „charakterem stworzonym z negatywów – kimś, kto nie miał ucha do muzyki, smaku do poezji, dumy z przodków, serca do miłości ani duszy do honoru. [...] Krótko mówiąc wig był kimś, kogo górale serdecznie nienawidzili – zimną, samolubną, formalną postacią“. 
Resztę można sobie dopasować do ideologii własnej, podstawić dane i szukane i epatować.
A przecież można się po prostu pobawić. Jak dzieci!





piątek, 1 września 2017

Krótka teoria wszystkiego

Wszystko jest wszędzie – stwierdziła Zośka przy spacerze na plac zabaw. Ewidentnie poszła w filozofię holistyczną, optymistyczną i stoicką zarazem. Próbowaliśmy drążyć, ale tezy nie rozwinęła. Ciekawe, czy miała na myśli jakieś konkrety, czy raczej uogólniała?


Pod koniec wakacji Zośka otworzyła sklep ze wszystkim. Ale nie wszędzie, tylko pod domem. 



czwartek, 31 sierpnia 2017

Cycki w piasku

Pamiątki z wakacji niejeden mają wymiar. Oto nad naszym rodzimym Berzdorfem (tak, tak, bez kozery mówię to o jeziorze po niemieckiej stronie Nysy jak o swoim) największy playboy ludowej sceny muzycznej, (niejaki S.P., znany przaśnym fankom, m.in. z okładki Bravo Grill), węsząc swoim psim (na baby) swędem, znalazł był zakopane w piasku sztuczne cycki – czy też, jak uświadomiła mnie żona, silikonowy stanik samonośny (co brzmi prawie jak radzieckie działo samobieżne...) i podarował je natychmiast moim córkom (po co? Dlaczego? Bo chciały!), co spowodowało lawinę zabawnych wydarzeń. Oto Jagna i Zosia zakolegowały się z niejaką Zuzią, która zgłosiła akces do rzeczonego biustu. Dialog płynął jak Wisła po polskiej krainie:
- Oddajcie te cycki, bo to moje.
- Ale dzieci nie mają takich cycków.
- Ale to moje!
- Nie twoje, bo ty masz małe.
- Mój kuzyn ma telefon i zadzwoni na policję!
- No i co?
- No i będziecie musiały oddać.
- A ja też mam telefon.
- Ale mój kuzyn ma prawdziwy!
- Ja też. Zobacz.
Konsternacja na widok Zośkowej bezbateryjnej komórki (wycyganionej od dziadków) trwała mgnienie:
- I co z tego?! Mój kuzyn ma większy.
- A nasza mama ma jeszcze większy!
- A w ogóle to moja Zosia jest większa. Przymierzcie się!
- To moje cycki, bo wczoraj tu byłam i zgubiłam.
- To nie twoje cycki! Bo dzieci nie mają cycków!
Ta uwaga celnością swoją zmieniła tor Zuzinej argumentacji:
- No dobra, żartowałam, to mojej mamy!
- Nie-e! - zaprzeczenie z podwójnym „e” ma poczwórną moc!
- Oddajcie mi te cycki!
- Nie oddamy, bo to nam dał wujek.
- Wujki nie mają cycków!
- Ale znalazł.
- A moja mama zgubiła!
Rozmowa płynęła. Aż do momentu gdy nieopodal rozebrał się do naga bezpruderyjny czeski trzylatek i Jagna zauważyła rezolutnie:
- Fajny siusiak.


Siostry Sisters i cycki.

środa, 30 sierpnia 2017

Gospodarka głupcze!

Bezlitosny kapitalizm objawia się nieomal codziennie w tradycyjnej sklepowej walce klas i generacji polegającej na skutecznym, stanowczym acz jednocześnie stylowym (żeby publiczność licznie zgromadzona w galerii handlowej miała swój szoł) i raczej łagodnym (żeby dziecka nie przestraszyć) mówieniu:
- Nie, tego ci nie kupię.
Czasami jednak wszelkie strategie biorą w łeb, głównie z powodu osłabienia morale, chwilowej niedyspozycji (żołądek, śledziona, nerki ewentualnie ogólna tendencja) albo trudności aprowizacyjnych tudzież zaskoczenia.
Jagna kupiła sobie pamiątkę z wakacji. Kupiła od dzieci niewiele starszych od siebie. Finansowanie zostało przyznane w ramach edukacji. Skoro dzieci potrafią sprzedać takie cudo (za całe 2 złote polskie), to co to będzie, jak już zostaną szefami korporacji?
Uczcie się dzieci.


Corpus delicti. Ach, gdybym kiedyś dożył tej pociechy, żeby moje dzieci potrafiły sprzedać takie g... za całkiem niezłą kasę. To metaforyczne, praktyczne, skuteczne i cudowne w swojej obrzydliwości. A Tata w emeryturę nie inwestuje, tylko w dzieci, z nadzieją, że się zwrócą. Byle nie z prośbą o wsparcie.



piątek, 25 sierpnia 2017

Tempus Srempus

Radosne oczekiwanie na powrót dzieci z wakacji u dziadków w mieście. Koniec ponadtygodniowej laby rodziców. Smutek przeplata się z tęsknotą a nawet gdzieś tam nieśmiało migocze radość. Na ognisku dziękczynny kociołek dla babci, powitalne kiełbaski dla dzieci, w lodówce chwalebne piwo dla dziadka.
W przyogniskowy nastrój oczekiwania wkraczają elegancko ubrani goście z biblią pod pachami:
- Chcielibyśmy porozmawiać o wariackim tempie współczesnego świata, spędzaniu życia w pracy i braku czasu dla rodziny.
Na autostradzie korki, powrót się opóźnia, nastrój sprzyja rozmowom:
- Siadajcie, porozmawiamy. Kiełbaskę? Piwo?
- Nie możemy, nie mamy czasu. Ale możemy zostawić gazetki.
Szach i mat.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Savoir i inne vivry

Ogród tworzy dietę letnią zwaną bardziej kołczingowo sezonowym wegetarianizmem. Najpierw jemy rzodkiewki, fasolkę, potem pieczone buraczki i cukinie na sposoby wszelkie, dalej dynie w zupie i jarmuż w potrawce. W międzyczasie ogórki, marchewki i inne cuda typu bób, rukola, kalarepa czy por. Dieta ogrodowa bywa wiatropędna. Pyrrrrk!
- Jagienko, co się mówi?
- Dziękuję, pojadłam.


Drapieżnik bezlitośnie rozprawiający się z niewinną marchewką i bezbronnymi burakami (czytała Krystyna Czubówna)