niedziela, 19 sierpnia 2018

Piłka nożna

Jest w dziewczynach jakaś tęsknota. Za telewizorem? Za sportem? Grywamy wieczorami w nożną albo w paletki, ale widocznie to nie wystarcza. Do telewizji też jeszcze nie dorośliśmy.


Zosia namalowała na pudełku po pieluchach sytuację mocno podbramkową i zaprosiła nas do obejrzenia meczu. Gdyby takie wyniki były normą, to może bym nawet się skusił od czasu do czasu na obejrzenie jakiegoś spotkania mniej lub bardziej towarzyskiego. 

Potęga domysłu

Dzieci instynktownie wiedzą, że ważniejsze jest stawianie dobrych pytań niż uzyskanie teoretyczne prawidłowych odpowiedzi. Jagienka potrafi tak intensywnie powtarzać pytanie, że umyka jej odpowiedź. Jagienka potrafi też tak długo prosić o słodycze albo inne reglamentowane dobra, że nawet rodzice ulegają. Takie dla przykładu sto pięćdziesiąte siódme powtórzenie „chcę solone orzeszki!” brzmi niemal słodko. Znieczulenie robi robotę.
I oto staje się cud, rodzice miękną! Ale żeby zachować pozory władzy, elementy edukacji i wychowania do życia, próbują zmienić formę, w domyśle na bardziej uprzejmą:
- No to…?
Jagienka jest jak radziecka rakieta, uwarunkowana na sukces mimo pewnych braków i przejściowych kłopotów:
- No to daj!
Liczenie na domyślność bliźniego prowadzi donikąd. Wiem, bo byłem.

środa, 8 sierpnia 2018

Retro-in-spekcja

Jagienka w chwili refleksji (i niewątpliwie lekkiej zazdrości w stosunku do automatycznie hołubionej młodszej siostry):
- Ja bym chciała jeszcze raz być dzidziusiem, bo ja tego nie widziałam.
Cud niepamięci ma swoje zady i walety, ale ja też chciałbym zobaczyć, jak byłem dzidziusiem. Naprawdę było tak fajnie, jak pamiętam?


Świadomość bycia noszonym na rękach zwiększyłaby przyjemność z powyższego. Chyba.

wtorek, 7 sierpnia 2018

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Luz i relaks

Sezon wakacyjny w pełni. Luz, relaks, odprężenie, słodkie nieróbstwo i smakowita bezmyślność.

Po siedmiu godzinach prowadzenia auta w sympatycznym trzydziestopięciostopniowym chłodzie po prawie pustych wakacyjnych europejskich autostradach czas rozbić namiot. Luz i relaks – roczna Hanka spieszy z pomocą, przy okazji rozprostowując zdrętwiałe nóżki i inicjując nową świecką tradycję - roznoszenie śledzi po kempingu w darze powitalnym dla przyszłych sąsiadów. Zośka i Jagna kontynuują rozpoczętą w aucie filozoficzną dysputę o przynależności plastikowego konika. Temperatura dyskusji sięga zenitu, decybele też, ręce rwą się do czynów.

Namiot rozbity mimo Hanki upartych prób owinięcia się w tropik w ramach jakiegoś artystycznego happeningu.

Czas na kolację. Luz i relaks. Trzeba tylko przypilnować, żeby Hanka nie przewróciła maszynki do gotowania, nie wylała wody i nie wdepnęła w kanapki z serkiem i nie zamoczyła ubrań w herbacie. Trzeba też znaleźć Zośkę i Jagienkę, które rozpierzchły się gdzieś w poszukiwaniu czegoś. W trakcie posiłku gramy w zabawną grę zręcznościową – usuwanie Hance sztućców i zastawy spod nóg i rąk. Hanka jest wmontowana niebywale, próbuje sięgnąć wszystkiego i rzucić za siebie tradycyjnie prawą ręką przez lewe ramię, odczyniając wszelkie złe uroki jakie mogą czyhać na nas w okolicznych lasach.

Luz i relaks. Po kolacji zmywanie naczyń i ciał oraz kontynuacja gry zręcznościowej na wyższym poziomie – rozgrzana Hanka wybiega na kemping i kluczy alejkami w poszukiwaniu wyjścia. Nasze zadanie polega na ratowaniu jej przed psami, dziećmi, samochodami i gorącymi grillami.

Podobno pożywienie spożywane w ruchu nie zawiera w ogóle kalorii. To dobrze, bo musimy dojeść po niezadowolonej z ogólnej jakości kanapek Jagience.

Luz i relaks. Jeszcze tylko położyć dzieci spać. Ale najpierw trzeba je znaleźć i przekonać, że mimo tego, że jest jasno, jest już noc. I że powinny być zmęczone siedzeniem w aucie przez cały dzień. I że bieganie po kempingu wcale nie jest fajną zabawą.

Luz i relaks. A dodatkowo jeszcze – ile można zobaczyć! Ja osobiście, jak playmaker w NBA – widzę wszystko, przez cały czas i mogę wykonać precyzyjną asystę, przebierając pieluchę, chroniąc przed utonięciem, zsunięciem się z klifu w dodatku częstując świeżo zerwanymi dojrzałymi jeżynami.

A w nocy, kiedy już dzieci jakimś cudem padną, po przeczytaniu im siedmiu długich bajek, zamykam na chwilę odprężone oczęta i przeżywam to wszystko jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze, i jeszcze, i jeszcze….
Piwo nie pomaga, gdyby ktoś pytał. Ale cóż, luz i relaks.


Miałem ze sobą książkę do poczytania na wakacjach. Nawet jej nie wyciągnąłem z plecaka.





niedziela, 5 sierpnia 2018

Kaszka

Sytuacja kempingowa-podnamiotowa. Dzieci głodne. Szybka reakcja wskazana:
- Chcecie kaszkę?
Kaszki mleczno-zbożowe dla niemowląt do sprawdzone jedzenie wyprawowe. Kiedyś w Alpach Tata zjadł całe opakowanie na śniadanie. Na jedno śniadanie. Sam. Od tego czasu Tata wie, jak smakuje życie. I wie, co trzeba ograniczać. Jagienka też już wie i nie może uwierzyć w to, co słyszy:
- Ale my przecież nie możemy jeść kaszek? - zawsze warto się upewnić.
- Na wyjazdach możecie – spieszy z wyjaśnieniem Mama.
- Ale przecież my dzisiaj nigdzie nie jedziemy? - w głosie Jagienki jest nadzieja na kaszkę i na nie jechanie nigdzie.
Po 1200 kilometrach autem fajnie mieć nadzieję i miły nocleg.


No i kanał. La Manche.






środa, 18 lipca 2018

Bliskie spotkanie z Terminatorem

Beskidy bez słów.
Mieliśmy wyruszyć z Markowych Szczawin o śniadym przedświcie, żeby na świt blady zdążyć na Babią Górę w najlepszym momencie dnia i rozkoszować się mistycyzmem gór w najlepszym świetle. Hanka nam to co prawda w pierwszym momencie ułatwiła, wcielając się w rolę sympatycznego budzika, który wystarczyło przebrać w okolicach pieluchy i nakarmić, ale potem momentalnie nam to moralnie utrudniła, zapadając w sen sprawiedliwy, godny i w innych sytuacjach zbawienny.
Pierwsza i nienaruszalna zasada w takich sytuacjach to „nie budzić!”.
Postanowiłem, jako wstany i rześki w tych porach (szarych z kieszeniami) wyruszyć jak za dawnych lat. Pobiegłem, z czołóweczką na czole, zobaczyłem Tatry w ciut szarym anturażu i ruszyłem z powrotem, do żony i dziecka, naładowany magią i dobrą energią po czubki pach.
Jakieś pięć minut od schroniska zobaczyłem go – Terminatora nafaszerowanego elektroniką: licznikiem kroków, uderzeń serca, uderzeń wątroby, uderzeń śledziony i nerek, uderzeń rąk o boki i uderzeń innych narządów zewnętrznych o przeróżne części ciała, licznikiem zużycia odżywek i baterią tychże w pięciu smakach i konsystencjach zależnych od warunków zewnętrznych. Ubrany w ultratechnologiczne tkaniny pochłaniające pot i dźwięki otoczenia wbiegał na górę w butach zaopatrzonych w tyle systemów, że kosmos i polityka mogłyby przychodzić na kursy i wysysać wiedzę ze sznurówek. Na oczach miał okulary z wizorami na każdą porę dnia i nocy, na uszach muzykę na każde możliwe nachylenie stoku.
Nie, żebym go (mimo całej satyrycznej zjadliwości) nie popierał, bo bieganie po górach to coś, co praktykuję w sposób nabożny od lat młodych. Tyle, że z nowoczesnością mi nie po drodze, choć doceniam i bywa, że z pewną nieśmiałością używam. Dlatego z pełną otwartością, ładunkiem poezji wchłoniętym na szczycie i cieszącą się do świata (jako takiego w ogóle) gębą rzuciłem doń tradycyjne i uświęcone, a jakże melodyjne:
- Cześć!
Zerowa reakcja, brak spojrzenia w oczy, które utkwione w zegarku z altimetrem, termometrem i parametrem rejestrowały zmiany poziomu kwasu mlekowego. Chyba nie miał aplikacji „Powitanie App”.


Zszedłem, przespałem się z tym i po śniadaniu weszliśmy na Babią we trójkę.