niedziela, 22 listopada 2015

Epitafium


Wydawał się nieśmiertelny jak duch Lenina. Kilka lat temu wpadł w sidła, odgryzł sobie trzy nogi i ogon, ale dalej był uwięziony. Na szczęście wszystkie wymienione kończyny odrosły, przez co stały się, nomen omen, wymienione. Chwilę później na chybił trafił odgryzł sobie jeszcze jedną nogę. Tym razem trafił. Przywlókł się do domu i zajął się tym, na czym znał się najlepiej - przeżyciem.
Innym razem potrącił go samochód. Nie mój - żeby była jasność. To było przeżycie, które przeżył mocno, płacąc tylko odstającym żebrem. Odstające żebro w ogóle nie przeszkadzało w drugiej najlepiej opanowanej i pewnie jednej z ulubionych czynności - szeroko pojętym i wysoce (zwłaszcza, jeśli chodzi o częstotliwość dźwięków) namiętnym rozmnażaniu.
Raz, po kolejnej turze wiosennych walk o wolność i swoje racje przyszedł do domu z dziurą w szyi wielkości pięści Mike'a Tysona jak był mały. Pani weterynarz zaszyła go tak, żeby się mocno trzymało. Nie trzeba było jechać ściągać szwów, wytrzymały z 24 godziny.
Pewnej niedzieli zaatakował go doberman. Biedny pies. Na szczęście przeżył.
Za młodu zwano go Wiewiórem, bo potrafił podskoczyć wyżej niż Artur Partyka w najlepszej formie (w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia do tej metafory używano Jacka Wszoły). Świetnie sobie radził z trudną sytuacją żywieniową, gdy jego dostawca mięs różnych wędrował po świecie. Pewnego razu ukradł sąsiadom udko kurczaka z piekarnika. Innym razem zjadł pączka, którego nieopatrznie zostawiłem bez opieki na noc.
Razem w wyimaginowanym Wieprzem Krzysztofem i Kurą Moniką był bohaterem opowieści, które mieszały dzieciom w głowach. Legenda głosi, że to on napisał "Kota Pirata i jego załogę". Drugą połowę życia spędził pod pseudonimem Gruby, co odzwierciedlało jego 7,5 kg bardzo żywej wagi. Zasłużył na miana świszczywąsa, myszożercy, sierściucha, mruczypieszczocha, ojca trzech czwartych kociej populacji Studnisk Dolnych (przynajmniej przed skrzyżowaniem). Zwano go też szakalem, tygrysem, potworem i kocim Jedi.
Nie ma go od miesiąca. Co prawda pogoda mogła mu się pomylić z wiosną, już nie raz zamiast marcować zdarzało mu się lutować, ale mocno tęsknimy. Dziewczyny piszą listy, zrobiliśmy Kocią Latarnię, Zosia narysowała plakat. Moc była silna w tym kocim Jedi i wierzymy, że przeżył. Teraz taktycznie i gramatycznie przejdę z czasu przeszłego na czas teraźniejszy: w końcu Gruby zna się na przeżywaniu.


Wizja Zosi


Kocia Latarnia prowadząca zaginionego Grubego aka Wiewióra do domu. Oby.

1 komentarz:

  1. Niestety, w pobliżu naszych siedlisk zasadziła się bardzo sprytna lisia załoga, która u mnie z licznego stada domowych kotów, kocic i koteczków zostawiła jedynie troje niewymarłych. Widocznie te są niejadalne, jak niektóre rodzaje grzybów. Będę trzymać kciuki za waszego wagabundę, jako trzymam i za moje, bo nadzieja zawsze zdycha ostatnia.

    OdpowiedzUsuń